wtorek, 17 grudnia 2013

Domowe pesto

Kolejnym smakiem lata jest pesto. Moim ulubionym jest to z suszonymi pomidorami czyli pesto alla siciliana. Dzisiaj jednak w wersji klasycznej, czyli pesto alla genovese. Ah, jeszcze kiedy to piszę moje dłonie pachną świeżą bazylią, coś pięknego.. ;)

Składniki (na około 1/2 szklanki pesto): -> ja użyłam mniej, bo wyprodukowaną ilość od razu skonsumowałam ;)

• 25 g liści bazylii (1 "doniczka")
• 1/3 małego ząbka czosnku
• 25 g (2 łyżki) orzeszków pinii (zrumienionych na suchej patelni) -> słonecznik czy inne orzeczy również
• 10 g tartego parmezanu
• 70 ml oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
• sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz do smaku

Przygotowanie:Wszystkie składniki utrzeć w moździerzu lub zmiksować blenderem (mają pozostać małe drobinki składników), na koniec doprawiając solą morską i pieprzem.


Domowe suszone pomidory

Ostatnio jednym z moich ulubionych przysmaków stały się suszone pomidory. W zimowy dzień, taki jak dziś sama myśl o nich sprawia mi radość. Nie to, że jestem nienormalna i zacieszam na myśl o słoiku z zaprawą... ale sami pomyślcie w tym słoiczku zamknięte jest lato.. Zioła, pomidory, oliwa. Tak aromatyczne i tak pyszne! Jak wiadomo, te które zrobimy w domu będą smaczniejsze niż te sklepowe, także zachęcam! No i zawsze można dorzucić nieco więcej ziół, nieco więcej kaparów... aj tam, można sobie pofolgować i dorzucić więcej wszystkiego! ;)

Przepis pochodzi z bloga jadłonomia.com
Składniki:
  • 4-5 kg pomidorów lim
    Tu z dodanym serem twarogowym
  • główka czosnku
  • kilkanaście kaparów
  • listki laurowe
  • pieprz i sól
  • olej słonecznikowy i oliwa z oliwek
Przygotowanie:
Pomidory dokładnie umyć, pokroić na połówki i usuwać miąższ z pestkami łyżką. Tak przygotowanie pomidory układać na blasze wyłożonej matą silikonową lub folią aluminiową, posypać solą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Można układać je ciasno, gdyż znacznie zmniejszą one swoją objętość.
Piekarnik rozgrzać do 50 stopni na termoobiegu i w takiej temperaturze suszyć pomidory przez 4–5 godzin. Po upływie tego czasu piekarnik wyłączyć ale pomidorów nie wyjmować. Można je zostawić nawet na całą noc i pozwolić im się dosuszać, rano uruchamiając piekarnik na kolejną godzinę lub dwie.
Tak ususzone pomidory należy układać w wyparzonych i wcześniej przygotowanych słoikach. Pomidory układać w miarę ciasno, pamiętając jednak, że w kontakcie z ciepłym olejem zwiększą swoją objętość. Do każdego słoika wrzucić także jeden lub dwa ząbki czosnku, dwa kapary i jeden listek laurowy.
W garnku z grubym dnem podgrzać olej słonecznikowy wymieszany z oliwą z oliwek (moje proporcje to 1:1). Olej musi być bardzo gorący, nie powinien się jednak zagotować.
Każdy napełniony pomidorami słoik wypełnić za pomocą chochelki gorącym olejem, następnie mocno zakręcać i szybko odwracać do góry dnem. Tak przygotowane słoiki, po zaasaniu się, można przechowywać przez kilka miesięcy w ciemnej szafce lub w lodówce.


Spóźnione przywitanie

Może trochę poniewczasie, jako że uprzednio napłodziłam już parę notek. Jednak to dopiero teraz mój blog zaczyna mieć oficjalnie ręce i nogi, coś tam porządkuję, więc nie wypada żeby strona główna świeciła pustkami. W takim zatem razie wypada się przywitać!
Hej jestem Zuza, studiuję Dziennikarstwo i Komunikację społeczną w Bydgoszczy i tu też mieszkam prawie od urodzenia, na tyle długo, że uważam się za bydgoszczankę z krwi i kości. Jedną z moich pasji jest kuchnia i to właśnie taki będzie temat tego bloga(jak już zdążyliście zauważyć po 10 poprzednich postach, prawda? ;)) Ah, no i jestem wegetarianką, więc raczej mięsnych przepisów nie uraczycie. Pozdrawiam
Zuz

A to ja we własnej osobie ;)

Z wizytą w stolicy Wielkopolski...

Tak, słodycze wciąż ograniczam! Co więcej od jutra, i to nie przysłowiowego jutra, ale dosłownie od jutra, idę na fitness. Ale za to mogę puścić wodze fantazji i marzyć o przekąskach przyszłych i wspominać te przeszłe... Na punkcie świąt i ich celebrowania mam bzika. Zbliża się Boże Narodzenie i już jutro napiszę posta z relacją z pieczenia świątecznego sernika. Tymczasem mogę sobie powspominać 11 listopada i jeden z moich ulubionych łakoci czyli rogale świętomarcińskie, tradycyjny wypiek poznański. Parę lat temu Poznań zastrzegł sobie, zgodnie z prawem unijnym, nazwę i recepturę tego wyrobu. Wszędzie poza Poznaniem rogaliki są do kupienia pod inną nazwą i w wersji z ciemnym makiem zamiast białego. To jednak nie znaczy, że nie możemy w domu upichcić wersji klasycznej. :)
Składniki:
Ciasto:
Słodki Marcinek

- 1 szklanka ciepłego mleka
- 1 łyżka suchych drożdży
- 1 jajko
- pół łyżeczki ekstraktu z wanilii
- 3,5 szklanki mąki
- 3 łyżki cukru
- szczypta soli
- 225 miękkiego masła (z tego 2 łyżki użyjemy do ciasta)

Masa makowa:
- 300 g białego maku
- 100 g pasty migdałowej
- ¾ szklanki cukru pudru
- 70 g orzechów włoskich
- 100 g blanszowanych migdałów
- 45 g rodzynek
- 30 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
- 2 – 3 łyżki gęstej śmietany
- 3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki

Do posmarowania:
- 1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

Lukier:
- 1 szklanka cukru pudru
- 2-3 łyżki mleka

- posiekane migdały do posypania

Przepis
Ciasto: Suche drożdże wsypać do mleka i odstawić na kilka minut, aby dokładnie się rozpuściły, wymieszać. Dodać jajko, wanilię i dokładnie wymieszać. Do osobnej miski przesiać mąkę z solą, dodać cukier i wymieszać. Dodać dwie łyżki miękkiego masła i rozetrzeć palcami razem z mąką. Wlać rozczyn i wymieszać łyżką. Ciasto przełożyć na stolnicę oprószoną delikatnie mąką i krótko wyrobić – do momentu, aż ciasto będzie gładkie. Nie wyrabiać zbyt długo, ciasto ma być chłodne i lepkie. Uformować kształt prostokąta, ułożyć je na oprószonej mąką blaszce, przykryć folią spożywczą i chłodzić w lodówce ok. 1h.
Schłodzone ciasto przełożyć na oprószoną mąkę stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach
wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Całą ilością masła podaną w przepisie rozsmarować równomiernie na cieście, pozostawiając 0,5 cm margines dookoła. Złożyć 1/3 ciasta od góry i dolną część ciasta, tak aby przykryła to górne złożenie – tak jak składamy kartkę papieru. Brzegi dobrze skleić i wałkować delikatnie na prostokąt o wymiarach 25x17cm używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania. Złożyć w ten sam sposób jak poprzednio i schłodzić w lodówce przez 45 minut. Proces wałkowania i składania powtórzyć jeszcze 3 razy, chłodząc ciasto między wałkowaniem przez 30 minut. Po ostatnim rozwałkowaniu i złożeniu ciasto dobrze zawinąć w folię i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.
Ciasto wyjąć z lodówki na ok 20 minut przed planowanym formowaniem rogali. Ciasto wałkować na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65×34. Przeciąć przez środek wzdłuż długiego boku na dwie równe części. Każdy powstały prostokąt pokroić na 12 trójkątów.
Masa makowa (najlepiej przygotować dzień wcześniej): biały mak wsypać do dużego garnka, zalać gorącą wodą (kilka centymetrów ponad poziom maku) i zagotować. Gotować przez 30 minut, od czasu do czasu mieszając. Odcedzić na drobnym sicie (pozostawić do odsączenia na około 15 – 30 minut). Rodzynki wsypać do miseczki, zalać wrzątkiem i po 15 minutach odcedzić . Mak zmielić trzykrotnie w maszynce do mięsa przez najdrobniejsze sitko razem z orzechami, migdałami i rodzynkami. Pastę migdałową rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekana na drobne kawałki skórkę pomarańczową. Dodać śmietanę w celu uzyskania zwartej i plastycznej masy (można dodać mniej). Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda, dzięki śmietanie doskonale można regulować konsystencje masy makowej.
Nadzienie makowe rozsmarować zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta. Zwijać rogaliki zaczynając od podstawy trójkąta. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blaszce, przykryć i odstawić do wyrośnięcia na ok. 30 minut. Wyrośnięte rogale posmarować jajkiem rozbełtanym z mlekiem i piec ok. 20 minut w temperaturze 180ºC na złoty kolor. Studzić na kratce. Jeszcze ciepłe polukrować i posypać posiekanymi migdałami.

Życzę smacznego!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Slow Food

Według Wikipedia.org, bo sama nie będę się mądrzyć i wymyślać definicji.

Slow Food - organizacja i jednocześnie ruch społeczny skupiający osoby zainteresowane ochroną tradycyjnej kuchni różnych regionów świata i związanych z tym upraw rolnych i nasion, zwierząt hodowlanych i metod prowadzenia gospodarstw, charakterystycznych dla tych regionów.
Głównymi punktami programu ruchu Slow Food są:
  • Ochrona i promocja lokalnych i tradycyjnych sposobów produkcji żywności (przepisów i receptur) oraz jej producentów.
  • Promowanie kultury spożywania żywności, czyli celebrowania i delektowania się posiłkami zamiast szybkiego napełniania żołądków, zgodnie z zasadą "jeść dla przyjemności, a nie odżywiać się".
  • Kupowanie świeżej żywności ze źródeł lokalnych, wytworzonej z użyciem tradycyjnych receptur i metod wytwarzania, wymagających czasu i odpowiedniego nakładu pracy.
  • Organizowanie banków nasion w celu zachowanie naturalnej różnorodności upraw, niewielkich wytwórni żywności, zwłaszcza szybkopsującej się (np. rzeźnie), obchodów dni lokalnej kuchni dla chronionych regionów produkcyjnych.
  • Edukacja konsumentów o ukrytym ryzyku spożywania fast food, lokalnych społeczności o ukrytym ryzyku agrobiznesu i farm przemysłowych, o ryzyku upraw monokulturowych i opieraniu się na zbyt jednolitych genetycznie źródłach upraw, także poprzez naukę ogrodnictwa, zwłaszcza wśród studentów i więźniów.
  • Lobbing na rzecz zmian w polityce rolnej, mających na celu wsparcie dla farm organicznych, przeciw genetycznym modyfikacjom żywności, przeciw używaniu pestycydów, różnorodne programy polityczne wspierające rodzinne farmy.
Ruch Slow Food powstał z przekonania, że każdy z nas ma prawo do czerpania przyjemności z jedzenia. Aby to osiągnąć, trzeba odkrywać smaki zamiast biernie je przyjmować. W latach 80-tych, wokół tej myśli, powstało we Włoszech niewielkie stowarzyszenie, które z czasem przybrało rozmiary międzynarodowego ruchu działającego dziś w 160 krajach. Slow Food to organizacja typu non-profit, która stawia sobie za cel stworzenie przeciwwagi dla kultury opartej na jedzeniu typu „fast food” i życia w coraz większym pośpiechu. Tworzą ją zwykli ludzie, którzy dbają o to, co jedzą.
Zjadanie zwierząt by J.S. Foer

I uwierzcie, warto czasem się zastanowić nad tym co jemy i dlaczego to jemy. Dzięki temu jedzenie stanie się czymś więcej niż tylko mechaniczną czynnością i sprawi nam ogromną przyjemność.

Tymczasem lecę przeczytać książkę, którą polecam wszystkim, a o której sama Natalie Portman powiedziała: "Zjadanie zwierząt" sprawiło, że zmieniłam sposób, w jaki jem. Dałam tę książkę wszystkim, których kocham.
Ciaoo, Zuz


Z wizytą w US of A..

Fast food. Hamburgery. Coś niezwykle kuszącego, a zarazem od lat naukowcy alarmują jak niezdrowa jest kuchnia fast. Nastąpiła więc moda na kuchnię slow, o której postaram się napisać w którymś z następnych postów. Ja, jako zagorzała wegetarianka wielokrotnie miałam ochotę na burgera, ale oczywiście bezmięsnego. O ile na zachodzie nie miałam najmniejszego problemu z zakupem takowego, no w naszej rodzimej Polsze musiałam się zadowolić wersją z po prostu wyjętym mięsem i zapłacić jak za pełnego burgera bądź wręcz obejść się smakiem.
Ostatnimi czasy w Bydgoszczy pojawiła się amerykańska restauracja na ulicy Gdańskiej w której z obszernego menu można było wybrać opcję wegetariańską z panierowanym serem camembert. Było to smaczne i bezmięsne, owszem. Ale ile się przemęczyłam z trawieniem wielkiego kawału ciężkiego sera, który radośnie odłożył mi się na żołądku - to moje.
Podczas ostatniej wizyty w Warszawie miałam okazję zajrzeć do malusieńkiej knajpki - dosłownie malusieńkiej, raptem parę krzeseł. Rzut okiem na menu - oh, umarłam i obudziłam się w raju! Wegańskie Krowarzywa na ulicy Hożej na warszawskim Śródmieściu to miejsce w którym każdy weganin czy wegetarianin poczuje się jak rybka w wodzie. Bogata ofera burgerów z dodatkiem świeżych warzyw i sosami do wyboru. Wszystko to świeże, pyszne i w każdym calu zdrowe. A jakie sycące! Co więcej, byłam w towarzystwie mięsożercy, który również był niezwykle ukontentowany smakiem oferowanych potraw. A jak wiemy, ich niełatwo zadowolić czymś co nie zawiera choć grama zwierzęcego białka.
Gdy tylko uda mi się znaleźć nieco więcej czasu postaram się przygotować bezmięsną ucztę, a zdjęciami i przepisem podzielić się na blogu :) tymczasem szukajcie i próbujcie! Polecam ogromną bazę przepisów wegańskich na jednym z moich najulubieńszych blogów kulinarnych Jadłonomia.
I pamiętajcie, że zdrowe może być też smaczne!
Ciaoo, Zuz


niedziela, 15 grudnia 2013

Chwila zapomnienia...

We wszystkich moich postach wspominam o zdrowym odżywianiu i dietach. Czasem jednak warto zapomnieć o wszystkim i odrobinę sobie pofolgować. Całe nasze życie skupia się na kontrolowaniu, pilnowaniu odpowiednich terminów... Nawet w momencie kiedy to piszę mam na głowie tyle czekających prac do napisania z niebezpiecznie zbliżającymi się deadline'ami. No ale ile można? Czasem trzeba się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i delektować się tym co nas otacza. Pójść na spacer, poczytać dobrą książkę, pomalować paznokcie czy obejrzeć w telewizji głupi serial, o którym wstydzimy się mówić znajomym. Jeśli na 5 minut zapomnimy o diecie to też się nic nie stanie :)

Jak to mówił Salvador Dali: Można nie jeść w ogóle, ale nie można jeść źle. Drogi czytelniku rozsiądź się więc wygodnie i delektuj się smakiem zakazanego owocu. Czy to będzie wstydliwy program w telewizji czy dosłownie smak potrawy, która koło dietetycznej nawet nie leżała. Smacznego!

Smak lata w środku zimy - truskawki z czekoladą

Sałatkowa historia... czyli domowe Salad Story

Skoro już dopadła mnie bezsenność to nie będę marnować czasu i napiszę o moim ulubionym zdrowym śniadanku. Dobre również jako kolacja, a czasem i obiad. W moim przypadku wygląda to tak, że mogę je jeść o każdej porze dnia i nocy. Po raz kolejny moje ulubione połączenie - zdrowo i smacznie, a dodatkowo pożywnie. Jest to sałatka do której możecie wrzucić co tylko macie w lodówce, w mojej wersji są to najczęściej:

Składniki:
  • mieszanka sałat(do kupienia w sklepie, umyta, gotowa do jedzenia)
  • suszone pomidory
  • ser mozarella
  • wędzony ser twarogowy
  • makaron pełnoziarnisty
  • pomidorki koktajlowe
  • słonecznik (duuuużo słonecznika :P)
  • sos balsamiczny( oliwa+ocet balsamiczny+odrobina cukru)

Taka sałatka jest zdrowa i niezwykle sycąca, a jak dla mnie smakuje doprawdy wybitnie! Co prawda zapach balsamico jest dla niektórych z początku odpychający to warto się skusić, bo spróbować warto. Moja mama z początku kręciła nosem, a teraz wcina aż miło. :)
Ciaooo, Zuz

Sałatkowo



Z wizytą w słonecznej Italii...

Mija tydzień i nadchodzi weekend. Wiele się od tygodnia nie różni. Wciąż ciemno, zimno i nieprzyjemnie. Wiem, że się powtarzam, ale cóż poradzę na to, że pogoda wciąż ta sama i raczej nie ma zamiaru zmienić repertuaru. No więc (w tym momencie w mojej głowie rozlega się głos mojej mamy mówiący: Nie zaczyna się zdania od no więc!) nadeszła sobota. Sobota - dzień pasty. Włoskie comfort food najlepsze na mgliste popołudnie. Nie miałam siły i składników na nic wymyślnego, więc zadowoliłam się klasycznym, lecz niemniej przepysznym spaghetti bolognese. Tyle, że w mojej wersji jest ono wegetariańskie.
Przepis banalny i pewnie znany, niemniej na wszelki wypadek go przytocze(przepis w takiej a nie innej postaci zaczerpnięty z innego bloga kulinarnego):


Składniki:
  • makaron spaghetti (w moim przypadku, z braku tego konkretnego rodzaju, inny)
  • około szklanki granulatu sojowego
  • 1 średnia cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • puszka krojonych pomidorów
  • około pół szklanki pomidorowej passaty
  • sól
  • pieprz czarny
  • pieprz cayenne
  • słodka czerwona papryka w proszku
  • szczypta cukru 
  • zioła 
  • do posypania - ser 
Przygotowanie:
W czasie gdy gotuje się makaron, szklimy na patelni pociętą w kostkę cebulę oraz zalewamy wrzątkiem granulat sojowy (warto na tym etapie już go trochę przyprawić; u mnie był ciemny sos sojowy oraz pieprz cayenne). Gdy cebula jest zeszklona, dodajemy pocięty w plasterki czosnek i jeszcze chwilę smażymy. Dodajemy pomidory i gotujemy aż rozpadną się nieco, a sos się zredukuje i zagęści. Dolewamy passatę.
Odlewamy wodę z granulatu sojowego i dorzucamy go do sosu pomidorowego. Chwilę jeszcze gotujemy, aby smaki się połączyły. Przyprawiamy. Gotowym sosem polewamy makaron i jeśli lubimy posypujemy serem

Życzę smacznego i miłego sobotniego wieczoru ;)
Zuz

piątek, 13 grudnia 2013

Ciasteczka owsiane...

Dieta to coś z czym raz na jakiś czas zmaga się każda kobieta. Słyszałam o różnych różnistych, niektóre nawet wypróbowywałam. Kłamać nie będę - wytrzymałam raptem 2-3 dni. W wieku 23 lat powinnam już być dojrzałą matroną, która powinna mieć męża i 3 dzieci. Jak się można domyślić tą sprawę już skopałam. Za to uznajmy, że posiadam już pewną wiedzę życiową i wiem, że najskuteczniejszym sposobem na stracenie niechcianych kilogramów jest zbilansowana dieta zgrana z ćwiczeniami fizycznymi. No i wyników nie należy spodziewać się od razu. One dopiero przyjdą z czasem, ale przynajmniej utrzymają się w przeciwieństwie do tych zrujnowanych efektem jojo.

Zatem postanowienie diety już jest. Co zatem ze słodkościami? Puste kalorie, puste kalorie, puste kalorie. TAK WIEM! Ale każdy z nas ma czasem ochotę na chwileczkę zapomnienia... Co wtedy? Ha! I tu mam ja, proszę państwa, rozwiązanie! Ciasteczka owsiane - pyszne, słodkie i co najważniejsze zdrowe.
Przepis, który podam jest tylko bazą. Każdy może go swobodnie interpretować i dodawać takie składniki, które najbardziej mu smakują. Oczywiście jeśli chcemy latem prezentować nowe bikini na plaży, nie radziłabym dorzucać czekolady czy m&ms'ów ;).

Składniki:
350 g mąki żytniej
200g płatków owsianych
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
2 jaja
180g brązowego cukru
100 ml miodu
125 ml oleju
orzechy, migdały, suszona żurawina -
co tylko lubimy, w takich ilościach w jakich tylko lubimy ;)

Wykonanie:
Nagrzać piekarnik do 180 stopni. Mąkę, płatki, proszek do pieczenia zmieszać razem. Jajka, cukier, miód i olej zmieszać razem, dodać ze 4 łyżki wody, domieszać suche składniki i bakalie. Jeśli nadal jest bardzo zwarte - dodać jeszcze trochę wody. Na blachę położyć papier do pieczenia, nakładać masę po 1 łyżce i piec ok. 15-20 minut, zależy od piekarnika.

Życzę smacznego!





wtorek, 10 grudnia 2013

Jedz zdrowo, żyj zdrowo

Pogoda jesienno-zimowa ma na mnie wpływ nostalgiczno-depresyjno-samobójczy. Szaro, buro, zimno, słońca brak. Owszem przez parę dni nacieszę się książką czy filmem we własnym łóżeczku, ale.. ile można? Po pewnym czasie zaczyna mi brakować świeżego powietrza i innych atrybutów wiosenno-letnich. Cóż, muszę swoje przeczekać.

Taka już ze mnie osóbka, która lubuje się w próbowaniu nowych rzeczy. Jeśli na dodatek są one jeszcze zdrowe to często nie powstrzyma mnie też zawyżona cena. Potrzeba spróbowania jest czasem o wiele większa.

Te dwie rzeczy, moje zimowe doły i chęć próbowania doprowadziły mnie dziś w sklepie przed półkę ze zdrową żywnością. Kiedy jem smacznie, a na dodatek zdrowo to czuję się nie tyle zdrowiej fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Dzisiaj do koszyka powędrował napój aloesowy o ponętnym jak dla mnie smaku mango. To co wyczytałam o nim w internecie przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

"Napój z miąższem aloesu pomaga:
- przyspiesza regenerację organizmu
 po intensywnym wysiłku fizycznym,
- pomaga szybciej wrócić do formy po kontuzjach,
- jest znakomitym napojem izotonicznym,
- stabilizuje poziom cukru we krwi,
- zmniejsza poziom cholesterolu we krwi
- zapobiega powstawaniu kamieniu nerkowych
- obniża ciśnienie krwi
- chroni nerki
- poprawia utlenienie krwi
- zwiększa wydajność układu krążenia"



Jeśli wierzyć opisom takowy napój jest lekiem na całe zło tego świata. Coś we mnie w środku mi podpowiada: "nie słuchaj, to same brednie", ale drugi głosik w mojej głowie mówi, że musi być w tym chociaż część prawdy, a to już dużo. Skoro już nie mogłam się powstrzymać i kupiłam płynne Aloe Vera to trzeba było wypróbować. Oh! Ah! Eh! Tu powinna nastąpić litania zachwytów na temat tego produktu! Był przepyszny, orzeźwiający, a zarazem lekki i nie za słodki. Jeśli dodatkowo posiada choć ułamek przypisywanych mu właściwości to tym bardziej było warto. A nawet jeśli nie to jest pyszny.


Wbrew temu co twierdzi wiele osób, zdrowe jedzenie może być bardzo smaczne. "W zdrowym ciele zdrowy duch" wmawiane nam na każdym kroku może mieć w sobie trochę racji. Bo jedząc zdrowo poczuje się lepiej moje ciało, a mój duch bez wyrzutów sumienia przeboleje zimowy okres i doczeka wiosny. Ehh no to byle do wiosny.
Ciaoo, Zuz

P.S.
Jak widać do wiosny jeszcze daleko :(

piątek, 6 grudnia 2013

W śnieżną zadymkę... Śniadanie królów.

Dziś do Bydgoszczy zawitała zima. I to nie byle jaka, bo przyszła w towarzystwie Ksawerego. Sympatycznie nazwany, wcale tak sympatycznym się nie okazał. Przy takiej pogodzie odechciewa się wychodzić z domu. Na moje szczęście dziś nie mam zajęć i wychodzić nie musiałam. Mój dzisiejszy dzień ograniczył się do czytania książki, zajadania mikołajkowych łakoci, podziwiania białej zadymki za oknem i współczucia tym biedakom, którzy w tą pogodę musieli opuścić pielesze. Mając takie zasoby czasu postanowiłam popieścić podniebienie i tym oto sposobem powstało coś, co lubię nazywać 'śniadaniem królów'. Są to różne wariacje śniadaniowe, a tym co odróżnia ten posiłek od każdego innego jest jego celebracja (najlepiej z rodziną i przyjaciółmi).
Dzisiejszy śniadaniowy pomysł zaczerpnęłam z warszawskiej knajpki 'Charlotte' serwującej francuskie pieczywo. Każdemu odwiedzającemu stolicę polecam to miejsce na Placu Zbawiciela. Warszawiakom zapewne polecać nie muszę, bo miejsce to jest ostatnio dość znane, ale jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, bądź słyszał, a jeszcze nie był, to gorąco polecam. Wracając do samej kanapki, która jak można zauważyć wyglądała nieco niepozornie.


Wierzcie na słowo: jest przepyszna! Ciemne, grillowane pieczywo połączone z kozim serem, miodem i tymiankiem to połączenie, które z samego założenia nie zjadłabym, bo jestem przeciwnikiem łączenia słodkiego ze słonym. W Warszawie się dałam namówić i... wpadłam jak śliwka w kompot. Powstała kompozycja idealna, którą na zimowy poranek polecam każdemu smakoszowi. Popijana gorącą herbatą z cytryną, miodem i przyprawami korzennymi stała się promyczkiem słońca w ten wietrzny dzień. Ehh, rozmarzyłam się, więc chyba już pora skończyć się rozpływać :). A przy okazji zgłodniałam, więc chyba pora coś przekąsić. Anuż wpadnie mi do głowy coś na tyle smacznego, że już jutro podzielę się tym na blogu.

Ciaaooo, Zuz